czwartek, 2 lutego 2017

Chustowy renesans w chorobie

Trochę ostatnio zdarzyło mi się biadolić, że tak mało się już nosimy na co dzień i chusty przez większość czasu leżakują w szafie, a tu mała niespodzianka...

Niespodzianka bynajmniej nie jest miła w swej istocie, bo choróbsko wstrętne i ledwo udało nam się uniknąć szpitala. Ale daaaawno już nie chustowałam tyle w tak krótkim czasie (no, poza kursem Clau Wi oczywiście... ;p). Dziecię moje chore to raczkująca kupa nieszczęścia. Bida taka mała, z rąk by nie schodziła... 

Śniadanie robimy w kółkowej, obiad w plecaku, pranie w kółkowej, odkurzanie w plecaku i tak dalej... Szkoda mi go bardzo i mam nadzieję, że powoli panicz wraca do żywych, ale w końcu trzeba we wszystkim szukać jakichś pozytywów i... W głębi serca trochę się ucieszyłam tym powrotem do noszenia w wydaniu długodystansowym. :)
Wiadomo, że to już nie to samo co z maleńkim, ciągle śpiącym noworodziem, ale chociaż troszkę jest podobnie. Ciepło małego ciałka, zapach dziecięcej główki, czucie na sobie każdego małego oddechu... 
Słowem - po tych kilku dniach zapasy oksytocyny mam narobione na najbliższe pół roku... ;)

Zdrówka wszystkim!
A gdy go brakuje, to zawsze można skorzystać z chustowych dobrodziejstw... :)

2 komentarze:

  1. Widzę, że z Ciebie też niezła "wiedźma" - ja ostatnio zastanawiałam się, czy by nie kupić nowego termometru i w tym samym dniu stary mi się zapodział. W środku cyklu. Już zaczęłam rozpatrywać to w kategoriach znaku,ale czwartego dnia odnalazłam :p

    Tulajcie się, na zdrowie! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha :) "Znak" z termometrem genialny. ;)

      Usuń