czwartek, 14 czerwca 2018

Tulimy

Znów strasznie tu cicho. Bynajmniej nie dlatego, że nic się nie dzieje, wręcz przeciwnie. Działamy z panienką i konsultujemy często razem. Bardzo ciekawe doświadczenie - i dla mnie, i dla rodziców, z którymi się spotykam. Zwykle są zachwyceni, że mogą zobaczyć wiązanie chusty na żywym, prawdziwym dziecku, a nie tylko na lalce. Młoda jest za to na tyle spokojna i współpracująca, że nie stwarza praktycznie żadnych problemów, więc korzystamy z takiego stanu rzeczy i pracujemy razem. 

A w domu praktykujemy chustowanie we wszelkich kombinacjach. Panienka to wiadomo, ale i starszakowi powróciła ze zdwojoną siłą miłość do motania. Sam wybiera (!) i przynosi chustę do lulania na drzemkę jak jest już zmęczony, a czasem jak widzi, że szykuję chustę dla młodej, domaga się, by i jego zamotać. Chusta bywa też dobrą kartą przetargową, gdy jest bunt na pokładzie i odmowa wyjścia z placu zabaw - albo panicz wskakuje na chwilę do kółkowej i tak wychodzimy, albo zgadza się sam iść pod warunkiem, że jak wrócimy do domu, to go zawiążę w chustę. Ostatnio zażyczył sobie wiązania z przodu, a nie na plecach, więc mordowałam się z prawie 15-kilowym ciężarkiem w kangurze (ręce mam już za krótkie na motanie takiego kawałka chłopa, ledwo dosięgałam mu pod pupę przy dociąganiu...). 

No i hit ostatnich paru tygodni - młoda na plecach. Jeszcze dość rzadko, bo nie ma za wiele takich potrzeb i to raczej wyjątkowe sytuacje. Ale jak już jest w plecaku, to najlepsze jest jak panicz jej nie zauważa i szuka po całym mieszkaniu, rozpaczając, że jej nie ma... :D 

Swoją drogą, chusta została oficjalnie poświęcona, bo nawet na chrzcie panienka pół Mszy przespała w kółkowej. ;)
Także tulimy ile się da. 
To znów tak szybko minie... 

czwartek, 3 maja 2018

Cisza!

Któregoś dnia jechałam z młodą w kangurku tramwajem. Na kolejnym przystanku wsiadła wycieczka szkolna, dzieciaki ok. 7-8 lat. Wychowawczyni ich co chwilę ucisza, ale bezskutecznie. Argumenty, że przeszkadzają innym pasażerom ani że więcej ich nie weźmie nigdzie tramwajem na nic. W końcu spojrzała na mnie i niewiele myśląc powiedziała do grupy:
- Cisza, bo dzidziuś śpi! Jak obudzicie dzidziusia, to będzie płakał!

W moment cisza jak makiem zasiał. I siedzieli tak cicho dopóki nie wysiadłam z tramwaju... :D

A ja miałam bekę, bo jak dziecię w chuście, to na trąbach mogą grać nad uchem i nic, gdzież tam, przy mamie się przecież i tak dobrze śpi... ;p

środa, 25 kwietnia 2018

Z chuściochem... na policji

Ekhm...

Kiedyś musiał być ten pierwszy raz. Pośpiech, młoda wyjąca w foteliku, mała osiedlowa uliczka i znak zakazu parkowania, którego ni cholery nie widziałam. Ale pan policjant przechadzający się tamtędy akurat podczas tej chwili, gdy stało tam moje auto, twardo twierdzi, że znak był. Karteczkę z wezwaniem na komisariat znalazłam za wycieraczką dopiero pod domem. Pech to pech. A akurat dzień wcześniej śmialiśmy się z mężem, że panicza po kolejnym wybryku może nastraszymy, że pójdzie do Białego Domku*... ;)

Nie polecam łamania przepisów, ale jak już się zdarzy i konieczna będzie wizyta właśnie w Białym Domku, to polecam zabrać dziecię w chuście. :D

Po pierwsze - dojść tam i wejść z wózkiem? Powodzenia. Schodów a schodów, masakra.

A po drugie - no co tu dużo mówić, serca miękną na taki widok, nawet policyjne, twarde serca... ;)
Skończyło się maślanymi oczami do młodej i pouczeniem, uff. :D





*siedziba jednego z komisariatów w centrum Krakowa mieści się w charakterystycznym, zabytkowym budynku podpisanym właśnie "Biały Domek" ;)

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Spacer z dwójką...

...w tym jedno 2-letnie, w zasadzie niechodzące (bo głównie biega ;p), a drugie kilkutygodniowe, nieodkładalne i niewózkowe (czyżby to już zaczynało być tradycją w naszej rodzinie...?).
Nie wyobrażam sobie tego bez chusty. Kompletnie i totalnie nie ogarniam, jak można w takim układzie bez chusty przeżyć choćby tydzień... A tak - spacery nasze bywają nawet przyjemne i to chyba dla wszystkich. ;)


czwartek, 12 kwietnia 2018

O ugniataniu noworodka

Jak to się wszystko zmienia... Kiedy dwa lata temu nosiłam panicza, na palcach jednej ręki mogłam policzyć, ile razy spotkałam inną mamę z dzieckiem w chuście. Teraz chustomam jest coraz więcej, średnio co kilka dni mijamy się na spacerach. A mimo to teraz mam wrażenie, że wzbudzamy z chuścioszką większą sensację niż wtedy. Przy paniczu zdarzało mi się usłyszeć teksty typu"zgarbacieje pani to dziecko" albo "udusi się", ale to naprawdę sporadycznie od jakichś okolicznych dziwaków. A teraz... Nosimy się "publicznie" drugi tydzień i reakcje przechodniów i sąsiadów przechodzą moje najśmielsze oczekiwania... Tylko w ciągu ostatnich dni kilka razy usłyszałam teksty typu:
- "takie maleństwo i tak zgniecione!"
- "mój Boże, jak pani może takie małe dziecko tak gnieść!"
- "męczy pani to dziecko!"

Oczywiście sporo też słyszymy miłych słów, ale nie spodziewałam się takiego wręcz oburzenia. Może to dlatego, że młoda jest taka maleńka, a w chuście przecież dziecko wydaje się jeszcze mniejsze - może przez to ludziom włącza się jakiś instynkt do ratowania biednego, zgniecionego noworodka przed matką-potworem. ;) Trochę mnie to śmieszy o tyle, że najwięcej takich negatywnych emocji wzbudzam idąc z panienką w chuście i starszakiem obok - że też takich komentujących nawet nie zastanowi fakt, że skoro jedno dziecię przy mnie jakoś przeżyło i nic mu nie brakuje, dość rozgarnięte idzie obok, a nawet fizycznie jest bardzo sprawne jak na swój wiek, to może jednak takiej krzywdy tą chustą im nie robię... :D

Tak czy owak...
Noworodek w kangurku to jedno z piękniejszych doświadczeń mojego macierzyństwa.
Absolutnie nieporównywalne z niczym innym. Takie, że... nie zamykam jeszcze fabryki, bo szkoda. ;)

czwartek, 29 marca 2018

Od kiedy można zacząć nosić w chuście?

Od urodzenia!

Najważniejsze, aby mama dobrze się czuła. A ja tym razem po błyskawicznym i bezproblemowym porodzie od pierwszych dni, jak to się śmieje mój mąż, śmigam jak szesnastka. ;)

Pozwólcie zatem, że przedstawię naszą drugą pociechę, zachustowaną po raz pierwszy w czwartym dniu jej życia. Całe oszałamiające 2600 g do tulenia. Tutaj w chuście Luna Dream o splocie diamentowym - jako jedyna ze wszystkich moich chust daje radę zamotać takiego mini okruszka. Pożyczyłam też chustę wcześniaczą, jest o wiele wygodniejsza i łatwiej jest ułożyć młodą w odpowiedniej pozycji. Do osiągnięcia 3 kilo będzie idealna.


Zaczynamy drugą część chustowej przygody! :)

wtorek, 27 lutego 2018

Nie noś, bo (się) przyzwyczaisz!

38 tydzień ciąży. Od kilku tygodni już nie noszę w ogóle starszaka. Nie czuję się na siłach, to już nie ten czas.
Przyszła paczka, a w niej dwie chusty kółkowe. Rozpakowujemy z paniczem. Łaaaał, jaaaaa i te sprawy, po czym młody bierze chustę i pokazuje, na mnie i na siebie.
- Chcesz do chusty?
- Tak.
- Ale mama nie może cię zawiązać, zobacz, jaki mam duży brzuch, to dzidziuś tam mieszka i nie ma już miejsca z przodu...
- Oo... - pokazuje na mój brzuch.
- Tak, zobacz, brzuszek jest taki duży, że już nie dam rady cię nosić...
Panicz pomyślał chwilę, po czym pokazał na moje plecy z radosnym "O-o!"... No tak, przecież, skoro nie ma miejsca z przodu, to zawsze można na plecy...
Nie, nie dam rady nawet na plecy... Przytuliliśmy się tylko i był bardzo niepocieszony, że nie chcę go zamotać... Ale po chwili zajął się budowaniem torów dla pociągu i koniec tematu. A mnie świeczki stanęły w oczach i stają za każdym razem, jak o tym pomyślę...

I kto tu się przyzwyczaja do noszenia...??

piątek, 19 stycznia 2018

Czy można nosić w chuście w ciąży?

Kiedyś odpowiedziałabym na to pytanie: pewnie można, tylko po co? Ciąża to i tak ogromne wyzwanie i obciążenie dla organizmu, bez przesady, żeby sobie dodawać ciężaru. Nie chciałam nosić w kolejnej ciąży. Zaplanowałam sobie, że będziemy mieć większą różnicę wieku między dziećmi, żeby starszak już wyrósł z noszenia i po problemie. Panienka jednak wybrała sobie najbardziej odpowiedni według siebie moment na pojawienie się w naszej rodzinie, nie bacząc na moje widzimisię. I tak dowiedzieliśmy się o jej istnieniu, gdy panicz miał 15 miesięcy. Niby już duże dziecko, ale przecież to jeszcze okruszek, który tak potrzebował tulenia... 

Na początku zarzekałam się, że ponoszę tylko do skończenia przez niego 1,5 roku. Przecież nie będę z dużym brzuchem motać 13 kilo, bo niby jak...?? W tak zwanym międzyczasie młodzież poszła do żłobka, więc wiadomo - zachwiane poczucie bezpieczeństwa, trudne pierwsze tygodnie adaptacji i - co za tym idzie - zwiększone potrzeby tulenia i bliskości z mamą... 18. miesiąc dawno minął, a my dalej wiążemy się w chustę do południowej drzemki. Chciałam napisać, że mój wymagający syn nie potrafi zasnąć inaczej w dzień, ale zreflektowałam się, bo, prawdę mówiąc, nie mam ochoty tego sprawdzać. Próbowałam go parę razy zachęcić, żeby się po prostu ze mną położył i przytulił - nie ma na to szans, więc jak mam się męczyć z wymyślaniem jakiegoś innego usypiania, to już wolę zamotać go na te 5-10 min. Tyle wystarczy, by spokojnie zasnął i odkładam go do łóżka. 

Swoją drogą taka ciekawostka - to, czego się najbardziej bałam w chustonoszeniu, czyli że się "przyzwyczai" i nie będzie można go uśpić w żaden inny sposób, okazało się największym plusem. Bo odkąd używamy też nosidła, bez najmniejszego problemu może go uśpić też tata czy babcia - w nosidle właśnie. Babcia jest tym wręcz zachwycona, bo to takie proste, wygodne i szybkie, a bez tego nie wie, jakby sobie poradziła. Także takie miłe zaskoczenie. ;) 

Tyle z naszych doświadczeń, a teraz garstka przydatnej wiedzy.

Tak, można nosić w chuście w ciąży, jeżeli:
- przebiega ona prawidłowo, fizjologicznie, nie ma przeciwwskazań medycznych
- mama przed ciążą w miarę systematycznie nosiła (zaczynanie noszenia w ciąży wydaje mi się średnim pomysłem)
- organizm mamy jest cały czas przyzwyczajony do słodkiego noszonego ciężaru, tzn. nie było dłuższej przerwy w noszeniu (są takie sytuacje, kiedy początek ciąży jest zagrożony, trzeba się bardziej oszczędzać czy np. leżeć i noszenie jest absolutnie wykluczone przez kilka/kilkanaście tygodni - wtedy powrót do noszenia w drugim trymestrze ciąży też jest kiepski)
- mama dobrze się czuje i nie nasilają się żadne dolegliwości podczas lub po noszeniu (szczególnie wszelkie dolegliwości brzuszkowe - bóle, twardnienie, stawianie się brzucha itp.)
- mama CHCE nosić starszaka i nosi tylko tyle, ile może (namawianie ciężarnej mamy do spaceru ze starszakiem w chuście jest wykluczone, to tylko i wyłącznie jej decyzja, czy i ile nosi)

Co ważne, wszystkie te warunki muszą być spełnione jednocześnie. 

Na chustowych grupach dyskusyjnych często pojawiają się też pytania, do kiedy można nosić w wiązaniach z przodu/na boku, a jeśli na plecach, to który plecak będzie najlepszy i czy można robić węzeł na brzuchu. 

Z przodu/z boku można nosić, do kiedy się da i nie sprawia to dyskomfortu mamie. Mnie zdarzało się usypiać w kółkowej jeszcze około 22 tygodnia ciąży. Zależeć to będzie od wielu indywidualnych czynników (wielkość brzucha, wielkość i waga starszaka, samopoczucie mamy, sama chusta - im grubsza, tym bardziej komfortowo będzie nosić nawet duże dziecko). 

Najbardziej ergonomicznym rozwiązaniem czy na początku czy już w zaawansowanej ciąży na pewno będzie noszenie na plecach. Plecak prosty zawsze dobry, a z chestbeltem da radę i klockowi. Często mamy ciężarne lubią też wiązać plecak z koszulką, bo trochę bardziej rozkłada ciężar, ale mnie osobiście koszulka uwiera i dusi. Wszelkie inne plecaki dozwolone według upodobań mamy/możliwości rozwojowych starszaka (jeśli jest chodzący - można eksperymentować ze wszystkimi). Jeśli chodzi o węzeł nad brzuchem, to dopóki nie wywołuje dyskomfortu/dolegliwości bólowych jest OK. Ja miałam taki moment około połówki ciąży, że strasznie mnie uwierał węzeł nad brzuchem i robiłam go sobie z boku. Na dłuższe noszenie nie polecam, bo trochę nam zmienia dynamikę wiązania, ale na 10 min był dla mnie najlepszym rozwiązaniem. Często mamy ciężarne rezygnują z węzła na rzecz wykończenia tybetańskiego czy innego - wedle upodobań, tylko trzeba pamiętać o tym, że zabranie węzła w pasie, cały noszony ciężar kumuluje nam na ramionach. Podobnie jest w popularnych ostatnio nosidłach typu onbuhimo (czyli bez pasa biodrowego), stworzonych podobno specjalnie z myślą o ciężarnych. Warto spróbować - jeśli komuś pasuje i tak wygodnie, nie widzę problemu. Mnie ramiona mdleją na samą myśl o 13 kilo bez węzła w pasie. ;)

32 tc, na plecach prawie dwulatek i najzwyklejszy "pasiak" w akcji :)

piątek, 12 stycznia 2018

Reaktywacja

Pół roku...
Tyle się wydarzyło, tyle zmian, tyle przeżyć... Ciężko to wszystko ogarnąć myślami, a co dopiero opowiedzieć w kilku zdaniach...

W każdym razie będzie się działo jeszcze więcej, szczególnie chustowo, więc czas powrócić.

#czekamynachuścioszkę

:)


wtorek, 6 czerwca 2017

Z chuściochem... u fryzjera

Skończyła się laba w postaci urlopu macierzyńskiego. Koniec odcisków na tyłku od "siedzenia" z dzieckiem w domu. Miesiąc temu wróciłam do pracy i ogarniamy nową rzeczywistość. Jest różnie, czasem lepiej, czasem trudniej, ale najbardziej mi szkoda, że nie mamy już czasu na chustowanie.. Właściwie zostają nam tylko weekendy i popołudnia, kiedy mam najwcześniejszą zmianę w pracy, czyli rzadko... Moje chustowe serce krwawi... :(

Ale do rzeczy. 

Panicz wymagał był usługi fryzjerskiej. Matka wariatka, uznała, że to przecież nic trudnego i pobawiła się we fryzjerkę, ale nie ma się czym chwalić. No nie wyszło mi za specjalnie z tyłu, a tak naprawdę, to masakra była, więc przodu się już nie podjęłam i na drugi dzień pognaliśmy do salonu. Pani mega wyrozumiała, naprawdę, dwoiła się i troiła, żeby jakoś uratować to owłosienie naszej progenitury. Panicz jednak protestował nieziemsko. Zabawki, telefony, klucze, ani żadne inne zakazane owoce nic nie dały. Cyrk na kółkach. Aż mnie oświeciło, że w wózku zawsze mam chustę kółkową na niespodziewane akcje. Pani ciut się zdziwiła, ale mówi: "spróbujmy!". Pół minuty i młody zamotany, w moment się uspokoił, ciacho do dzioba na pocieszenie, telefon do ręki i... w 5 minut było po sprawie. Fryzjerka zachwycona, jaki fajny wynalazek ta chusta i jakie cuda zdziałała! A ja nie mogę się teraz napatrzeć na mojego syna, który wygląda tak... szarmancko wręcz. Jak chłopiec już! Mały mężczyzna. <3

Na kłopoty - kółkowa. ;) 

poniedziałek, 22 maja 2017

Zobacz, chusta!

No, nie mogę tego przeżyć, że wciąż chusta jest wyjątkiem, a wózek regułą...

Jedziemy do centrum, stoimy na światłach, przed nami tłum przechodzący przez ulicę. Różni ludzie, dzieci w wózkach. Wzdycham sobie do męża:
- Zobacz, chusta! Ale ładnie zamotana kieszonka... ;)

I myślę sobie, co by było, gdyby tak było na odwrót... W tym tłumie i na ulicy, na spacerze, w sklepie i w kościele co chwila mama zachustowana, aż tu nagle:
- Zobacz, wózek! Że też chce się komuś go tachać. ;)

Takie tam marzenie.
Może chociaż pół na pół żeby było...?
;)

poniedziałek, 8 maja 2017

Majowo

Wnioski z ostatniej majówki: 
PUNKT PIERWSZY
Nie przejmować się, gdy w czwartek przed sobotnim weselem cię postrzyknie w karku, wyjesz z bólu i nie możesz się ruszyć. Cuda się zdarzają! Do soboty ogarnęłam się na tyle, że zrobiliśmy furorę tańcząc na weselu z chuściochem na plecach! Dobrych zdjęć na razie brak, jedno takie jak pilotem od telewizora  robione, ale weselny fotograf nas sobie upodobał, rzecz jasna, więc kiedyś się pochwalę. ;)


PUNKT DRUGI:
Najlepszą reklamą chustonoszenia jest... chustonoszenie! Przy weselnym i poprawinowym stole wysyp mam i przyszłych mam, a wszystkie zachwycone chustowaniem i już się chcą umawiać, żeby je nauczyć motać. Oł jee. ;D

PUNKT TRZECI
Dalej nas już chyba nie mogło wywiać w granicach kraju. Ale fajnie jest pooddychać innym powietrzem, zobaczyć inną przyrodę, inne lasy i trochę inny klimat. Dziwiliśmy się, czemu Suwałki się nie chwalą na prawo i lewo, że są najzimniejszym miejscem w Polsce, zawsze to jakaś atrakcja. ;p A tak serio cała przyroda jakieś 3 tygodnie wstecz w stosunku do Krakowa... :O

PUNKT CZWARTY
Wózek został użyty 1 (słownie: jeden) raz. Chuścioch nad chuściochy wszędzie z nami był.

Nad jeziorami rozmaitymi, małymi i większymi. 
A nawet na jeziorze! 
W muzeum.

W Wigierskim Parku Narodowym

A nad Biebrzą spotkaliśmy...
Panią Łosiową na wypasie. ;)

Z chuściochem żadna pogoda nie jest straszna.


Zawsze można się schować na fajowym statku i podziwiać Dolinę Rospudy. ;)

PUNKT PIĄTY:
Jeśli na co dzień nosisz godzinkę dziennie i to nie w każdy dzień, to później nie dziw się, że trzeciego dnia wyjazdu, po którejś z kolei godzinie intensywnego noszenia jednak czujesz dyskomfort, a nawet jakiś ból. Ciało to nie robot, musi się przyzwyczaić do nowych okoliczności. Szóstego dnia mogłabym już cały dzień chodzić z młodzieżą na plecach. ;) 






A wniosek ostatni jest smutny. Przez cały tydzień w tak wielu różnych miejscach nie widziałam ani jednej chusty, ani jednego nosidła, ani pół chuściocha... Szkoda. :(

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Z chuściochem w... tramwaju

Rzadko jeżdżę komunikacją miejską z paniczem na plecach, ale potrzebowałam podjechać dosłownie parę przystanków, więc wsiadłam. Jakby ktoś nie wiedział, jak ogarnąć dziecię na plecach w tramwaju/autobusie, to usiąść trzeba, tylko jak w znanej ludowej przyśpiewce*. ;)

Panicz w moment zasnął. Oczywiście uwaga współpasażerów skupiona na nas. Spojrzenia, uśmiechy, #ojaksłodkosobieśpi i te sprawy. Pouśmiechałam się też, w końcu jestem dla siebie samej żywą, chodzącą reklamą. ;p Wyjmowałam coś z kieszeni i wypadły mi przypadkowo chusteczki. Siedząca naprzeciw starsza pani jak się poderwała, żeby mi je podać! Ja się schylam po nie i mówię, że spokojnie, poradzę sobie, mogę się schylić. A ona na to:
- Nie! Lepiej nie! Bo pani to dziecko wypadnie z tej bluzy! 
- Nie wypadnie - uśmiechnęłam się - jest zawiązane w chustę. :)
- Zawiązane? Ahaaa... Bo ja myślałam, że w tej bluzie on się tak pani trzyma tylko... 

:D


* Siedziała na słupku na prawym półdupku, 
a lewy półdupek zwisał jej za słupek...
Oj dana, oj dana...
:D 
;p

piątek, 7 kwietnia 2017

Podeptać roczek?

Zębiska + katar + zapalenie ucha + zapalenie oskrzeli + trzydniówka * (wszystko w ciągu raptem 10 dni) = chusta w użyciu do kwadratu 

Czyli kolejny złoty okres chustowania, krótko mówiąc. Szkoda, że to nasilenie noszenia i tulenia musi wiązać się z takimi nieprzyjemnymi atrakcjami, ale cóż, taki etap. 

Tuż po tym jak panicz wrócił do sił, pognaliśmy załatwić konieczne sprawunki do dowodu osobistego. Matka z ojcem osiemnaście lat czekali na ten magiczny plastik, a gówniarz jeszcze roku nie skończył i będzie miał. ;p Pani nas już zna, widziała nieraz w chuście, no i przyszedł czas, że dowiedziałam się ciekawych rzeczy. ;)

- Oo, to już roczek niedługo! 
- No tak, za trzy tygodnie.
- Ale widzę, kawaler ma skarpetki... A gdzie buty?! To już chodzić trzeba!
- Mamy butki, jak idziemy na plac zabaw, to zakładamy, żeby mógł sobie chociaż postać na trawce przy zjeżdżalni na przykład. Ale jeszcze nie chodzi, więc po co mu buty. Po co mu krępować nóżki? :)
- Aaa, ja wiem, co jest na rzeczy...! Jak mama go nosi na tych plecach, to po co on ma się uczyć chodzić?? Proste, rozleniwiła go pani, niestety... 

Proste, prawda? ;) 
Uśmiechnęłam się tylko i grzecznie pożegnałam, bo już wychodziliśmy. Pani, choć bardzo sympatyczna, jest z tych, co to nie lubią dyskutować, bo i tak to ona ma rację, a ja jestem młoda i głupia i nic nie wiem, o życiu. Nie chciałam więc tracić czasu na bezcelowe tłumaczenie i dywagowanie. Ale żeby była jasność, jakie jest moje zdanie, to napiszę tu, a co. Gdybym nie miała wiedzy na temat rozwoju dziecka, pewnie by mnie ta wypowiedź obcej przecież kobiety dotknęła, zmartwiła, wprowadziła w wątpliwości i poczucie winy. I właśnie dlatego, że wiele młodych mam słyszy takie i podobne teksty, a potem się zamartwia, że są beznadziejnymi matkami, bo rozleniwiają swoje dzieci i te nie chcą "podeptać roczku", napiszę choć krótko, jak krowie na rowie. ;)

Po pierwsze, normą rozwojową jest samodzielne chodzenie do końca 18. miesiąca życia dziecka. Koniec kropka. 18 miesięcy, czyli półtora roku! Do tego momentu nie ma się czym w ogóle martwić, że dzieciak nie chodzi. Ma na to czas i trzeba mu go dać. Nie prowadzać za rączki, nie wkładać do chodzika czy, o zgrozo, do szelek do nauki chodzenia (widziałam ostatnio takie cuda na allegro...), nie popędzać. Nie przeszkadzać po prostu. A nawet jeśli zacznie chodzić w drugim tygodniu dziewiętnastego miesiąca, to też nie jest koniec świata - wystarczy pokazać go fizjoterapeucie, który oceni, czy nie ma jakichś nieprawidłowości, które blokują dziecko w nauce chodzenia, czy też to po prostu jego indywidualne, niespieszne tempo rozwojowe.  

A po drugie, tekst że noszenie dziecka w chuście (czy nosidle, whatever) rozleniwia dziecko wydaje mi się tak absurdalny, że aż nie wiem, co powiedzieć na to. ;) Zwyczajnie zaprosiłabym tamtą panią do nas na kawę, na godzinkę chociaż, żeby zobaczyła, jak młody gania po całym mieszkaniu. Raczkuje jak torpeda, gdzie chce, to wstaje i tupta przy meblach, wszystko musi zobaczyć, wszystkiego dotknąć, sięga już ręką po to, co jest na brzegu stołu i próbuje wspinać się na łóżko/kanapę (choć u babci było łatwiej, bo tam niższe sofy niż u nas ;p). Takie mam "leniwe" dziecko, które poza złym samopoczuciem, nie zawsze już da się zamotać w chustę tak o, po prostu. Bo świat go wzywa. Włączniki światła są koło lustra, więc zmuszona jestem motać już bez lustra. ;) No, leniuszek pimpuszek, nic mu się nie chce, bo mama nosi... ;) 

Nie dajcie sobie wmówić mitów z dawnych czasów. Że na pół roku maluch MUSI siedzieć, a na roczek MUSI chodzić. Myśmy musieli. Nas mamy sadzały i obkładały poduchami, a potem jak tylko się zbliżał ten nieszczęsny roczek, wkładały do chodzików i prowadzały za rączki. Efekt? I ja i mąż mamy problemy z kręgosłupem, z kolanami, z biodrem, a wśród naszych znajomych (dwudziestoparo- i trzydziestolatków!) na palcach jednej ręki policzyłabym tych, którzy żadnych dolegliwości ze strony kręgosłupa czy stawów nie mają. To wszystko wraca, niestety. 

Także tego. Na roczek zamiast chodzika lepiej kupić sobie nową chustę. ;D 
I wyluzować. ;)

Uff, musiałam. ;) 

piątek, 17 marca 2017

Moje dziecko nie lubi chusty

Może czasem tak rzeczywiście jest, nie wiem. Nie chcę się mądrzyć, bo każde dziecko jest inne i tak jak nie każda mama polubi chustowanie, tak pewnie są też dzieci, które z jakichś powodów nie polubią wiązania w chustę. Chociaż trzeba wiedzieć, że im wcześniej zaczynamy nosić w chuście, tym łatwiej i większe szanse, że maluszek chustę zaakceptuje, bo daje mu ona warunki maksymalnie zbliżone do tego, co zna z okresu brzuszkowego.

Nigdy nie jest za późno na naukę wiązania, ale też nie ma co się dziwić, że 4-5 miesięczniak niekoniecznie będzie zachwycony pomysłem zamotania go ciasno w chustę, jeszcze najlepiej z przodu, gdzie niewiele widzi i musi się wciąż odwracać, żeby móc sprawdzać, czy przypadkiem, ktoś pod jego nieuwagę nie chce przejąć kontroli nad światem. ;) Niemowlak, który nie był noszony w chuście od pierwszych dni i tygodni swojego życia, może potrzebować trochę czasu, żeby chustę polubić, a może jej rzeczywiście wcale nie polubić. To ciasne otulenie i charakterystyczna pozycja, jaką daje chusta, są naturalne dla noworodka, który dopiero co wyszedł z brzucha i jedyne czego potrzebuje to mamy blisko i kołyszącego ruchu, ale już dla starszego niemowlęcia, które przez kilka miesięcy radziło sobie bez chusty, mogą być czymś trudnym. Warto wtedy dać sobie i maluszkowi czas na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji i próbować, dobierając jednak wiązania tak, by odpowiadały potrzebom zarówno mamy jak i dziecka. Najczęściej najfajniejszą opcją na takie oswajanie się z chustowaniem jest chusta kółkowa, którą wiąże się dużo szybciej niż długą i daje dziecku duże możliwości obserwowania świata. Dla odważniejszych oczywiście plecak prosty. :)

Czasem jest jednak tak, że przy nauce wiązania chusty maleńkie, kilkutygodniowe dzieciątko, które samo przecież powinno przyjąć pozycję takiej małej, zwiniętej kuleczki wtulonej w mamę, nie wiadomo dlaczego płacze i wygina się do tyłu, nie chce zupełnie współpracować, całe jest spięte. Nie chcę tutaj generalizować, ale bardzo często jest to oznaka problemów z napięciem mięśniowym i wtedy koniecznie trzeba się skonsultować z fizjoterapeutą dziecięcym, który pomoże, doradzi, dobierze odpowiednie ćwiczenia i podpowie, na co zwrócić uwagę w codziennej pielęgnacji, aby zniwelować problem wzmożonego napięcia mięśniowego. Odpowiednio zawiązana chusta może być jednym z elementów wspierających ten proces, ale zawsze jest to kwestia bardzo indywidualna i tylko fizjoterapeuta znający dziecko i mamę może zdecydować, czy w danym przypadku chustonoszenie jest dobrym pomysłem, czy też warto na chwilę chustę odłożyć na bok i skupić się na czymś innym.

Nigdy nie sądziłam, że to będzie takie ważne, ale teraz widzę, jak cenna jest możliwość współpracy między doradcą noszenia a fizjoterapeutą. To, że możemy podzielić się każdy swoją wiedzą, wymienić doświadczeniami, rozwiać wątpliwości po obu stronach. Bardzo cieszę się, że spotkałam na swojej doradczej drodze Małgosię, doświadczoną fizjoterapeutkę otwartą na chustonoszenie. Myślę, że to będzie fajna i wartościowa współpraca, dzięki której skorzystają przede wszystkim maluchy i mamy, które spotykamy na co dzień.

A to miejsce Małgosi, gdzie można się więcej dowiedzieć, co robi i czym się zajmuje;
http://www.fizjo-strefa.pl/

:)

czwartek, 2 marca 2017

Z chuściochem w... bibliotece

Taaaakie schody prowadzą do naszej osiedlowej biblioteki. Całkiem fajnej skądinąd i naprawdę przyzwoicie zaopatrzonej. Ale jak schody, to tylko w chuście.

Oddaję książki, odbieram zamówione i jeszcze sobie przeglądam półki. Młody śpi na plecach. Zaczyna trochę chrapać (po babci ;p)... Bibliotekarka wstaje i zaczyna się kręcić między półkami, jakby czegoś szukała. Ja sobie przeglądam książki i widzę, że serio czegoś szuka, schyla się, zagląda za półki, jest wyraźnie zdezorientowana. Znalazłam coś fajnego, co chciałabym jeszcze wypożyczyć, więc podchodzę do niej i proszę, czy mogłaby mi jeszcze tę jedną książkę "piknąć". Panicz chrapnął dosadniej. A ona prawie złapała się za głowę i roześmiała jednocześnie:
- Matko Boska, to dziecko! A ja chodzę i szukam, co to za chrapanie jakieś! Już się zastanawiałam, czy to bezdomny gdzieś się zamelinował, czy zwierzę jakie, czy co... A to dzidziuś sobie śpi i prawie go nie widać...!

:)

czwartek, 23 lutego 2017

Nie musi być idealnie

Ucieszyłam się niesamowicie, widząc w pocztowej skrzynce maila ze zdjęciem śpiącej w chuście rówieśniczki panicza. To zawsze piękny i rozczulający widok! Jeszcze bardziej ucieszyłam się, że to właśnie ta Mama i to dzieciątko tak pięknie wyglądają w chustowym zamotaniu, bo wiedziałam wcześniej, że z chustą było im nie po drodze, a i nosidła używały raczej sporadycznie. Nie ma w tym nic złego, żeby było jasne - nie każdy musi się z chustą polubić i zupełnie nic mi do tego. A jednak z jakichś powodów ta Mama postanowiła dać chuście jeszcze szansę, choćby do usypiania, które bywało problematyczne. I tutaj moja kolejna, największa chyba radość, gdy przeczytałam:
"po prostu przestałam się przejmować - nie musi być idealnie!"

Dokładnie tak! Nie musi być idealnie! Możesz nosić swoje dziecko w chuście, nawet jeśli wiązanie nie wychodzi Ci wzorcowo! Jasne, że dążymy do tego, żeby pozycja dziecka była prawidłowa, a chusta porządnie dociągnięta i dobrze zawiązana. Ale jeśli nie będziesz próbować, nigdy tego nie osiągniesz! Nie ma magicznego sposobu, żeby z dnia na dzień wiązać piękne kieszonki i idealne plecaki. Można (a nawet bardzo warto!) skorzystać z pomocy doradcy noszenia albo chociaż doświadczonej chustomamy, można oglądać filmy instruktażowe, żeby przypomnieć sobie sekwencje ruchów w danym wiązaniu, ale nic nie zastąpi Twoich własnych prób i ćwiczeń z chustą! 

To od Ciebie, mamo, tato zależy, jakie będą te Wasze kangurki, kieszonki i plecaki! Jeśli nie czujesz się pewnie i masz wrażenie, że nie wychodzi Ci jeszcze zbyt dobrze, odwiąż chustę nawet po kilku minutach. A za jakiś czas znów spróbuj zamotać, choćby na kwadrans. A później znowu. Bo warto!

Nie przejmuj się, że nie wychodzi Ci idealnie! Przecież nie nosisz tak dziecka cały dzień. Jeśli maluszek spędzi nawet godzinkę czy dwie może w nie najlepszej pozycji w chuście, a poza tym w ciągu dnia dużo czasu spędza ćwicząc na podłodze, nie stanie mu się krzywda, spokojnie. Śmiem twierdzić, że dużo ważniejsza będzie dla niego Twoja bliskość i cała masa korzyści z niej płynących, niż ten niedługi czas spędzony w może nie do końca najszczęśliwszym ułożeniu w chuście. Zresztą, czy jeśli nosisz/usypiasz dziecko na rękach, jego (i Twoja) pozycja jest zawsze w porządku? Pewnie niekoniecznie. Więc jeśli tylko masz chęć, żeby próbować się zaprzyjaźnić z chustą, próbuj! Jakość wiązań przyjdzie z czasem. 

Nie musi być idealnie. Jeśli chusta daje Twojemu maluszkowi ukojenie, a Tobie wolność, której potrzebujesz, używaj jej! Prawidłowe noszenie jest ważne, ale jeszcze ważniejszy jest spokój Twój i dziecka. Jeżeli chusta Wam to zapewnia - noście się! 
Z miłością! 
I na zdrowie! :) 

sobota, 18 lutego 2017

Szmatan

Nie lubię pisania i rozgadywania się o chustach samych w sobie.
Nie lubię strasznie określania chusty szmatą, ewentualnie szmatanem.

A mimo to napiszę dzisiaj o jednym i drugim. Bo w końcu i mnie trafił się prawdziwy szmatan.

Ale od początku.

Skoro nosidło nie dla nas (przynajmniej na razie), to postanowiłam poszukać chusty o takich właściwościach, dzięki którym będę mogła nosić moje 10,5 kilo szczęścia w miarę komfortowo. Miałam okazję raz zamotać panicza w chustę z domieszką konopi i byłam oczarowana. Mięciusieńkie cudo, a odjęło z moich pleców chyba z połowę ciężaru. Postanowiłam więc szukać chusty z konopiami.

Jest tylko jedno małe ale. Chusta chuście nierówna. Rodzaj splotu, jakość tkanin, zwartość utkanego wzoru czy wreszcie poziom tak zwanego złamania chusty - to wszystko ma wpływ na jej właściwości. I tak się złożyło, że chusta, którą znalazłam
(i zażyczyłam sobie zamiast "ząbkowej" sukienki :D), choć też ma 30-procentową domieszkę konopi, a nawet jest produkowana przez tą samą firmę (Natibaby), różniła się od tamtej, którą wcześniej motałam w zasadzie wszystkim...

Kiedy ją rozpakowałam i pierwszy raz pomacałam, prawie łzy mi stanęły w oczach i z przerażeniem pomyślałam: jak ja to zawiążę?? Pierwszy raz pomyślałam o chuście w kategorii "szmata". Twarda jak decha (choć poprzednia właścicielka twierdziła, że to już jest mega wykochana i złamana chusta), gruba jak koc. Szorstka, jakby surowa, czepliwa... Długość 3,8, czyli powinna spokojnie starczyć na plecak prosty, a mimo to kiedy spróbowałam ją zamotać pierwszy raz, nie byłam w stanie jej porządnie dociągnąć i zwyczajnie brakło mi chusty na węzeł... Czyli to nie tylko szmata, ale też szmatan*...

Głupia ja, że nie poczytałam sobie od razu, czym charakteryzują się takie grube chusty na przykład tutaj. Może mniej bym się wkurzała, że tyle siły trzeba, żeby to cholerstwo dociągnąć, albo że węzeł taki wielki, że wyglądam w bluzie jakbym w zaawansowanej ciąży była... Niemniej muszę przyznać, że mimo takich niedogodności i początkowych trudności w motaniu tego "cholerstwa", mój nowy szmatan skradł moje serce.

Owszem, trzeba się trochę pomęczyć, ale za to chusta odwdzięcza się niesamowitą nośnością, a ta surowa czepliwość okazała się zbawienna dla moich pleców przy tak ruchliwym chuściochu jak mój panicz. Od kilku dni ćwiczymy przed zbliżającym się weselem przyjaciół i namiętnie uprawiamy taniec w chuście. Przy zwykłych bawełnianych chustach po kilku minutach takich podskoków młodego ze żmudnie związanego plecaka prostego niewiele zostawało. A teraz? Godzinka tańcowania i... nic! Poły pięknie trzymają materiał pod pupą, wiązanie niczego sobie, a moje plecy nic nie bolą.

Z ciekawości policzyłam sobie gramaturę tej chusty i wyszło mi okrągłe 300 g/m kw. Czyli grubasek. Szmatan znaczy się.
Mimo to pokochaliśmy się i korzystamy z dobrodziejstw tak grubej i nośnej chusty. Szmaty. Szmatana. :)

PS1
W roli głównej Natibaby Grecja Lagoa 70% bawełna, 30% konopie.

PS2
Określenie "szmata" zaczęło mnie nawet śmieszyć, kiedy tym tokiem myślenia wyszło mi, że mój mąż nie dał się zeszmacić... ;p
:D


*W chustoslangu szmatan to taka porządna, gruba chusta, która poniesie słonia. Gramatura powyżej 290.

sobota, 11 lutego 2017

Chustowa do kwadratu

Od jakiegoś czasu chodziło za mną nosidło. Chciałam spróbować czegoś nowego, bo nie ukrywam, że odkąd dziecię me przekroczyło 10 kilo na wadze, noszenie, nawet na plecach, nie było już dla mnie komfortowe... Bawełniane, średnio grube chusty, które miałam, coraz mniej dawały sobie radę z moim klocuszkiem i coraz częściej czułam ból pleców i ramion, w które wrzynały mi się szelki plecaka. Nosidła w większości słyną z porządnie wypełnionych pasów naramiennych, co bardzo poprawia komfort noszenia, więc miałam nadzieję, że to będzie dla mnie jakimś rozwiązaniem. Wszędzie wychwalana łatwość i szybkość zakładania nosidła też kusiła leniwą część mnie. A do tego miałam takie małe marzenie, że może do noszenia w nosidle uda mi się też przekonać mężowskiego.

Okoliczności sprzyjały bardzo. Mieliśmy możliwość razem poprzymierzać różne nosidła z naszym osobistym dzieckiem włącznie. Mierzyliśmy te najpopularniejsze - Tulę, Manducę, Ergobaby, Fidellę i chyba jeszcze Lenny Lamb. Doświadczenie niezwykle cenne. Tyleż owocne, co rozczarowujące...

Mąż miał odczucia, nazwijmy to, obojętnie pozytywne. Czyli "OK, jak będzie trzeba, to mogę w tym panicza czasem ponosić". Wspólnie doszliśmy do wniosku, że najpewniej, jeśli do tego w ogóle dojdzie, to tatusiowe noszenie będzie można policzyć na palcach jednej ręki przez najbliższe pół roku. Tyle co nic. Więc się nie liczy. Głos decydujący mam ja.

A ja... Byłam totalnie rozczarowana. Ten, kto powiedział, że zakładanie nosidła na plecy jest łatwiejsze niż zawiązanie plecaka prostego, chyba nie był trzeźwy. Co się przy tym napociłam...! Wiem, wiem, że to tylko kwestia wprawy i przyzwyczajenia, ale mnie to mocno zraziło.

Druga rzecz, to bardzo nie podobało mi się, że praktycznie w każdym nosidle na plecach dziecko jest bardzo nisko. Raz, że kiepsko cokolwiek widzi, bo nie sięga wzrokiem ponad ramię rodzica, a dwa, że to zwyczajnie niewygodne jest dla noszącego. Ciężko było mi utrzymać prostą postawę, wciąż miałam wrażenie, że się przez to strasznie garbię.

A trzecia sprawa, choć tak naprawdę chyba najważniejsza ze wszystkich - pozycja dziecka w nosidle... Niby mój panicz już od dawna samodzielnie siadający, ba, wstający i chodzący przy meblach, silny i w ogóle chłop na schwał, a jak zobaczyłam u niego ten prawie szpagacik, plecy proste jak struna i głowę mimowolnie odchylającą się do tyłu, mój świeżo zaszczepiony duch clauwiański się zbuntował... ;p Próbowałam sobie wyobrazić, jak on zaśnie... A nawet jak nie będzie spał, to co to za wygoda... Jakoś kompletnie nie mogłam tego ogarnąć. To za wcześnie dla nas na takie atrakcje, zdecydowanie.

Żadne z nosideł mnie nie przekonało. Żadne nie dało mi komfortu, którego szukałam. Żadne nie spełniło moich oczekiwań.
Nosidło (przynajmniej na razie) nie jest dla mnie, ani dla mojego dziecka.

Słowem - chustowa do kwadratu. ;)

Skoro tak, trzeba było poszukać odpowiedniej na nasze potrzeby chusty. Przecież na bawełnianych pasiakach świat się nie kończy... O tym już wkrótce. :)